Nie lubię się skarżyć na rzeczy, które są do zmiany praktycznie od ręki - kiedy jest to kwestia kilku prostych kroków. Czasem jednak człowiek musi - inaczej się udusi.
Mój bank - którego nazwy powtarzać nie będę, bardzo się stara. Chciałbym powiedzieć, że stara się ułatwić mi życie, ale nie mam jakoś przekonania. Powiem więc, że stara się na mnie zarobić. Samo to oczywiście powodem do narzekań nie jest - niech sobie zarabia - gdyby nie to, że próbuje to robić w sposób zupełnie nie consumer friendly i jeszcze mniej finezyjny.
W czym rzecz?
Okazało się, że nie posiadam PITu z biura maklerskiego, na przesłanie którego drogą elektroniczną na emaila nieopatrznie zgodziłem się. Mail przepadł na łączach (co mogło się zdarzyć), dotarł ale go niechcący skasowałem (też mogło tak być, zwłaszca, że co 2 mail w skrzynce to wiadomość niepożądana), nigdy nie został wysłany(?) - nie wiem.
Mogę zamówić w banku jego "elektroniczny duplikat" - ale to kosztuje 30 pln (niezła cena jak za dokument elektroniczny, który bank już i tak wystawił, a chcę aby mi go po prostu udostępnił ponownie).
Mogę też złożyć reklamacje, że PIT nie dostałem - reklamacja jest na szczęście wciąż w banku za darmo, ale za to z czasem rozpatrzenia do 30 dni, aby mi się przypadkiem w głowie nie powywracalo jeszcze bardziej.
I zawsze, w każdej sprawie są z tym bankiem podobne manewry - a to jakaś nowa opłata, a to inna / nowa / lepsza procedura, a to pominąłem 32 aktualizację Regulaminu świadczenia usług... Mógłem przecież nie pomijać, prawda?
Niby 30 pln to nie pieniądz, ale jak uświadomię sobie, że przecież ten elektroniczny PIT8C to w gruncie rzeczy pomysł banku i tylko jego oszczędność (bo go sobie do akt wydrukować i tak muszę sam) - to zastanawiam się czy jednak papier, liczydło i gotówka, nie były by na powrót, jakąś przełomową innowacją
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz