Żartobliwie pisałem niedawno o tym, że nikt nie przykleja naklejek na zderzak swojego Ferrari. Nikt szanujący swoje Ferrari, tego nie robi, bo to "grzech" i Ferrari przez to nie pięknieje. Gdyby po tej naklejce pozostał jakiś ślad na lakierze, wartość samochodu by spadła - a w przypadku Ferrari przecież nawet 5% to byłoby dużo. Ferrari jest piękne zwłaszcza bez naklejek - każdy to wie, nawet jak jeździ Oplem.
Grzechem jest to także według Biblii - mówiąc oczywiście już nie o Ferrari a o swoim ciele. Choć słowa tatuaż w Biblii wypowiedzianego wprost nie znajdziemy (co do jedynego wystąpienia tego słowa akurat jest wiele wątpliwości, czy zostało użyte właściwie w przekładzie), ponieważ słowo to pojawiło się w naszym kręgu kulturowym dopiero w XVIII w., kiedy biblijne słownictwo już dawno dobrze radziło sobie bez niego, używając słów: znamię, pieczęć, czy nacinanie ciała.
Znalazłem ciekawy i wyczerpujący temat tekst, który poza biblijnymi, zwraca także uwagą na inny aspekt, np. życiową "niepraktyczność" tatuaży:
warto jeszcze powiedzieć, że to, co dzisiaj ludzie myślą i czują niekoniecznie będzie przez nich podzielane przez całe ich życie. Dlatego byłoby nieroztropnością znaczenie swego ciała czymś, co w danym momencie wydaje się nam rzeczą najważniejszą na świecie, ale za jakiś czas, gdy to się zmieni, będziemy żałować pochopnego kroku, o czym niestety już wielu, na własnej skórze, bardzo boleśnie, się przekonało. Jeżeli rzeczywiście chcemy, by jakiś znak towarzyszył nam stale w życiu, poszukajmy „duchowego sposobu” noszenia w swym sercu kogoś lub czegoś..."- polecam cały tekst tutaj
Wracając jednak do przeszczepów: nie neguję w żadnym razie dobrych pobudek ludzi, którzy chcą innym pomagać, jednak mam jedną zasadniczą wątpliwość.
Na ile w dzisiejszym świecie zdominowanym przez wartości materialne, gdzie nawet ludzkie narządy mają swoją rynkową (czy czarnorynkową) wartość, można czuć się z takim wyraźnym znakiem w pełni bezpiecznie, zwłaszcza będąc silnym i młodym? Powiedzmy, że człowiek z takim znakiem trafia do szpitala, w ciężkim, słabo rokującym wyzdrowienie, ale uleczalnym stanie - co jednak wymaga realnych nakładów, ale daje tylko szansę wyzdrowienia, bez gwarancji. Czy jest absolutnie wykluczone, że ów pacjent może trafić na lekarza, który dokona na nim zimniej, praktyczno-ekonomiczno-probabilistycznej kalkulacji? Sami wiecie jakiej...
Żeby tak się stało, to musiałby być lekarzem i człowiekiem bez sumienia!
- od razu tak pomyśleliście i pewnie także to, że przypisuję ludziom najgorsze możliwe cechy. Otóż nie: jako ludzie jesteśmy wszyscy w swej naturze dokładnie tacy sami, choć różnie postępujemy.
Tylko zwróćcie uwagę, że o takie właśnie działanie - wykluczające udział sumienia - upomina się i wręcz twardo go wymaga od lekarzy nasze państwo. Co gorsza, inne państwa są w tym już dużo dalej.
Zatem, rozwagi wszystkim młodym, silnym i niekoniecznie tylko z wielkich miast szczerze życzę!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz